wtorek, 12 kwietnia 2011
Drogowcy: Wszystko przez tę ekologię!



Będzie problem z budową dróg i oddaniem ich w terminie. I to poważny. Mogę to przepowiedzieć ze stuprocentową pewnością. 

Tak jest zawsze gdy drogowcy zaczynają narzekać na standardy dotyczące ochrony środowiska. Na gwałt muszą sobie znaleźć jakieś alibi, a nic tak nie pasuje do niego jak wraży ekolog i wyśrubowane normy oraz olbrzymie koszty z tym związane. Tak jest i tym razem na strona gospodarczych "Gazety" alarmują : "Z każdego miliarda na drogi, 100 mln przeznaczone na ekologię" , potem jest o tym jak to w Polsce aż 20 proc terytorium jest objęte ochroną w ramach unijnego programu Natura 2000, a tam gdzie Natura to "wyśrubowane" normy ochrony środowiska. 

Bidulki drogowcy potrafią wskazać nawet, aż cztery, słownie powtórzę CZTERY miejsca gdzie im wstrzymano budowę, albo ją opóźniono ze względu na ochronę rzadkich gatunków. To, rzeczywiście potworna katastrofa jeżeli ci sami drogowcy na tym samym kongresie podają, że "1,2 tys. km dróg może przecinać obszary Natura 2000, a 1 tys. km - korytarze ekologiczne" Bardzo bym chciał się dowiedzieć w ilu miejsca udało się jednak te wyśrubowane normy spełnić? Może w więcej niż CZTERECH? Czyli jednak jak się chce to można.

Narzekania na okres lęgowy pominę. Tak jest w całym cywilizowanym świecie. Nie mordujemy zwierząt, nie przeszkadzamy im  gdy się rozmnażają.  Ale tego, że przeszkadza im 20 proc. kraju chronione w ramach programu Natura 2000 "to trochę za dużo" pominąć nie mogę. Proszę sobie zajrzeć na strony Komisji Europejskiej. Polska ze swoimi 20 procentami, nie jest jakimś wyjątkiem. Jest europejskim średniakiem i daleko nam do Hiszpanii, gdzie jak wiadomo drogi się buduje. Obszary Natura 2000 wyznaczane są w oparciu o dane naukowe dotyczące gatunków które mają chronić i jeżeli nasi drogowcy myślą, że coś w tym zmienią to się mylą, bo są jasne orzeczenia w tej sprawie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości

Na koniec sprawa kosztów związanych z budową dróg i wydatkami na ochronę środowiska. 100 mln z miliarda to 10 proc. Tak dużo? Chwilkę pogrzebałem w sieci. Na stronach Departamentu Transportu Stanu Waszyngton (ci Amerykanie bardzo lubią podawać dokładne dane) znalazłem analizy kosztów związanych z budową i przebudową dróg w tym stanie. Koszty związane z ochroną środowiska mogą sięgać nawet 23 proc. całości inwestycji. Dużo? Może i tak, ale to znów oznacza, że nasi drogowcy nie są jakoś specjalnie pokrzywdzeni.

O co chodzi? Może naszym drogowcom marzą się czasy gdy dla wielkich inwestycji poświęcano wszystko, a już na pewno nie liczono się z przyrodą. Tylko to se ne wrati i drogowcy o tym muszą wiedzieć. Myślę, że raczej chodzi o to co napisałem na początku. Nie potrafimy budować dróg, a przynajmniej nie potrafimy tego robić tak jak się to robi w cywilizowanym świecie. 

Bo drogi się cały czas buduje również na zachodzie. Robi się to przestrzegając właśnie wyśrubowanych norm. Jak podaje Europejska Agencja Ochrony Środowiska w "starej piętnastce" codziennie znika 10 ha ziemi zajmowanych pod drogi, a w całej UE w latach 1995-2005 (przepisy dyrektyw obowiązywały jak najbardziej) powstało 13 tys. km autostrad i dróg szybkiego ruchu. Nasi drogowcy na gwałt szukają usprawiedliwienia dla swojej nieudolności, a kto się nadaje lepiej do tego jak "wraży ekolodzy" co wolą rybki, ptaszki i żabki niż drogi. 
sobota, 26 lutego 2011
Ty polski bocianie zacofany!







- Można promować Polskę jako kraj nowoczesny bez bocianów i folkloru - mówią twórcy z Platige Image, którzy przygotowali billboardy i animacje na berlińskie targi turystyczne. Link do tekstu w którym to przeczytałem  tutaj.
 
Przetarłem oczy ze zdumienia, bo myślałem, że o tym czy kraj jest nowoczesny czy nie decyduje np. dostęp do internetu, poziom uniwersytetów albo stan komunikacji publicznej, a nie brak bocianów lub folkloru. Dotąd do głowy mi nie przychodziło, że to bociany i folklor stoją na drodze do naszego szczęścia i dobrobytu lub nowoczesności. Bocian symbolem zacofania i przaśności? Jakoś przyroda i folklor nie przeszkadza nowoczesnym Szwedom, czy Finom, szczycić się ich krajami, promować je i co tu dużo gadać chwalić się ich daleko większą nowoczesność. 

Nie chcę sugerować, że w każdym klipie promującym Polskę musi być łowicki pasiak lub żubr, ale przeciwstawianie takich rzeczy nowoczesności jest głupie jak zastępowanie słomianej strzechy rakotwórczym eternitem.

Potem zobaczyłem w krótkim film wyprodukowany na zlecenie Polskiej Organizacji Turystycznej. Fajna animacja, muszę przyznać. Ale też zrozumiałem na czym ta "nowoczesność" ma polegać. Po górach zasuwają quady, a po jeziorach ryczące skutery wodne. A jedynym ptakiem jest bielik....tylko że amerykański. Widać polskie kompleksy naprawdę dają się twórcom we znaki.

poniedziałek, 07 lutego 2011
Łosie nad Biebrzą, czyli o niepokoju

Byłem przekonany, że do sprawy "naukowego" odstrzału łosi z unikalnej biebrzańskiej populacji nie będę musiał wracać. Dość jasno napisałem co o tym myślę,  w "Gazecie". Odstrzału, w mało moim zdaniem przekonujący sposób bronił również w "Gazecie" prof. Mirosław Ratkiewicz z Uniwersytetu w Białymstoku. 

 Okazało się, że to jednak nie koniec, bo za obronę odstrzału zabrał się na łamach, styczniowej "Braci Łowieckiej", czyli pisma miłośników biegania z bronią po lesie Wojciech Sobociński. Artykuł sprowadza się do tego, że największe autorytety przystały na strzelanie, więc co się ci ekolodzy i "Gazeta" czepia. Tym bardziej, że zdaniem autora są poważne powody do tego by niepokoić się o łosie nad Biebrzą. Dzieją się z nimi "niepokojące" rzeczy. I dlatego trzeba je ubić do badań. Ponieważ tego artykuł Braci Łowieckiej nie ma w necie więc w punktach przedstawię skąd ten niepokój

1) Klępy na Biebrzą  coraz częściej prowadzają jednego łoszaka, a nie dwa

2) Jest sporo niewyjaśnionych przypadków śmiertelnych

3) Populacja łosi nad Biebrzą, która od kilkunastu lat rosła, już nie rośnie, a może nawet spada. Podczas, gdy łosi w innych częściach kraju jest coraz więcej.

4) Łosie z nad Biebrzy niechętnie migrują.

Zacznę od dwóch ostatnich punktów. Gdyby autor zapoznał się z tym co opublikował na ten temat sam prof. Ratkiewicz, by się tak nie niepokoił. Otóż łosie z nad Biebrzy od zapewne ładnych kilkudziesięciu tysięcy lat nie mają wielkich chęci do migrowania i krzyżowania się z innymi, przez co właśnie różnią się genetycznie od reszty łosi.  Na tym właśnie polega wyjątkowość tej populacji i dlatego zasługuje na ochronę. Dlatego, porównywanie tej populacji z łosiami w innych częściach kraju jest mało sensowne. To zupełnie różne populacje i mówią to wyraźnie badania genetyczne prof. Ratkiewicza.

No dobrze, a czy oddzielna populacja,  która przynajmniej przez kilkanaście lat przyrastała liczebnie raptem ma prawo się zatrzymać, a nawet nieco spaść? Odpowiedź brzmi: Ma!!! I nie jest to jakieś "niepokojące" zjawisko,  tylko znane i  podstawowe prawo ekologii populacji. Wcześniej na te łosie polowano, potem przestano, wiec rosła liczebność, a potem wzrost się zatrzymał. To podręcznikowy przykład i nie widać tu nic niepokojącego. Populacje, rosną, stabilizują się, po czym spadają i znów rosną. Poza tym nad Biebrzą nie ma drastycznego spadku, albo stałego wieloletniego trendu spadkowego. Mamy i to też, nie wiadomo czy na pewno zatrzymanie wzrostu.  Taka stabilizacja wiąże się zawsze z upadkami i mniejszą rozrodczością w stosunku do czasów gdy następował wzrost. Zjawisko posiadania mniejszej ilości młodych przez populacje od lat chronione i stabilne w stosunku do tych u  których liczebność rośnie jest dobrze znane i nigdy nie słyszałem, aby zostało uznane za niepokojące. 
 
Ta stabilizacja łosiom nie zaszkodzi, bo to zwierzęta dość długo żyjące. Oczywiście pod warunkiem, że się do nich nie strzela. Łosie z nad Biebrzy podobnie jak wszystko co żyje na ziemi obowiązuje dość prosta zasada: w przyrodzie nie ma wzrostu bez końca.

Jeżeli ktoś uznaje zatrzymanie wzrostu, mniejszą rozrodczość u takiej populacji za powód do niepokoju i ważny argument do stosowania tak drastycznej metody badawczej, to ja niepokoję się o jego stan wiedzy ekologicznej i myślę, że powinien zacząć pisać o czymś innym.

piątek, 04 lutego 2011
Mamy więcej wyciągów niż niedźwiedzi

   

  Chodzę po Bieszczadach. Musiałem nieźle się napocić, ale widziałem sóweczkę, dzięcioła białogrzbietego, i trójplaczastego zaledwie z kilku metrów. Codziennie trafiam na tropy, wilków i czasami na tropy rysia lub niedźwiedzia. Niestety na wątrobie leży mi Kamil Durczok. Gdy przeczytałem jego felieton w Polska The Times to się wkurzyłem. Ekolodzy zamordowali Szczyrk i Zakopane? Jak tak można pisać!!! Stanowczo Kamilowi Durczokowi odpowiedział na swoim blogu, i to dwa razy  Michał Olszewski z Tygodnika Powszechnego. Michał odpowiedział, znakomicie, emocjonalnie, bo felieton Durczoka  też był emocjonalny. 
 
Niestety nic mi nie przeszło i Durczok męczył mnie dalej. Męczył mnie bo, to nie tylko o Durczoka chodzi. Myślę o typie człowieka, który wychodzi przed swoją daczę, albo biedną chatę patrzą przed siebie i widzi ogromne góry i wspaniałe stoki. Widzi oczyma wyobraźni wyciągi i wypożyczalnie quadów. Och wystarczy wyciąć tylko kawałek lasu (i tak żre go kornik), poprowadzić drogę, dociągnąć wodę i sieknąć armatki, no bo ze śniegiem dość słabo w ostatnim czasie. On chce mieć jak w Szwajcarii, Dolomitach. 
 
 Jak takiemu człowiekowi tłumaczyć, że już dość.  Można mu mówić, żeby sobie spojrzał na mapę. Że trudno porównywać Polskę ze Słowacją, bo na Słowacji góry zajmują 60 proc. powierzchni kraju, że nasze Karkonosze to jedna trzecia tego co w Czechach. Nasze Tatry to jedna trzecia (niektórzy mówią jedna czwarta) całych Tatr. A wskazywanie na kraje alpejskie to już jakieś zupełne nieporozumienie, bo całe Tatry razem ze słowackimi mają około 785 km kw, podczas gdy Alpy z 220 tysiącami kilometrów kwadratowych są niemal trzysta razy większe. Alpejskie przełęcze są wyżej niż najwyższe szczyty Tatr. 

 Jakie jeszcze obrazowe porównanie dla takiego kogoś znaleźć? Nie wiedziałem. Punkt zaczepienia znalazłem w felietonie Durczoka. Oburza się, że ekolodzy zablokowali budowę wyciągu, a raczej trzech wyciągów w gminie Ujsoły w Beskidzie Żywieckim. To prawda. Ten wyciąg został oprotestowany przez dwie poważne organizacje Pracownię Na Rzecz Wszystkich Istot oraz Stowarzyszenie dla Natury ”Wilk”.  I nie chodzi bynajmniej o żaby ”żaba ruchwaki”, które zostały wymyślone przez Durczoka by ośmieszyć ekologów. Chodzi o rysie, wilki, głuszce i niedźwiedzie, które ten wyciąg wygoni z domów, by ktoś mógł poszaleć na nartach.  Rejon, na który miałby oddziaływanie wyciąg to prawdopodobnie najważniejsze miejsce gawrowania niedźwiedzi w Beskidzie Żywieckim. No właśnie niedźwiedzie. Wiecie państwo ile ich żyje w Polsce? Nie więcej niż sto. Wszystkie w górach. A to oznacza, że jest ich tam mniej niż wyciągów. To jest prawdziwy obraz tego co mamy. I dlatego, dla spokoju jednego niedźwiedzia warto zatrzymać budowę niejednego wyciągu. 

wtorek, 07 września 2010
Grzybek dla Pani Wójt


Piękny ten prawdziweczek prawda? Taki zdrowiuśki!!! Rósł sobie i już go nie ma. Rósł sobie w Białowieskim Parku Narodowym, po czym wylądował najpierw w moim koszyku, a obecnie spoczywa w słoiku z sobie podobnym zalany zalewą i zakręcony. Taki słoiczek z grzybkami z Parku Narodowego miałem szczery zamiar podarować Pani Wójt Hajnówki Oldze Rygorowicz, która tak pięknie walczy...o prawo miejscowej ludności do zbioru grzybów i jagód w Parku Narodowym. Inni samorządowcy puszczańscy też walczą i minister środowiska Andrzej Kraszewski również. Podpisali porozumienie w tej sprawie, które nam miejscowym ludziom ma to gwarantować.

Bardzo to miłe z ich strony, ale jako członek lokalnej społeczności czuję się jakoś nieswojo z tą ich troską.  No bo, dlaczego Ci wszyscy mili państwo walczą oraz gwarantują i porozumiewają się w sprawie, która jest już dawno załatwiona? Od 1996 roku wiadomo, że wolno w parku zbierać grzyby i jagody poza obszarami ochrony ścisłej. I ludzie zbierają i nikt się ich nie czepia. Wystarczy pójść do lasu i się przekonać. Mało tego samorządowcy co tak walczą o prawo do grzybków i jagód oraz ich zbioru zasiadają w Radzie Naukowo Społecznej Parku Narodowego, która zatwierdza plan ochrony, który właśnie to prawo zabezpiecza i na papierze gwarantuje. Pani Wójt tam zasiada. Przecież przyrodzie Puszczy nie szkodzi nic zbiór jagód i grzybów i wszyscy o tym wiedzą.

 Niestety powstaje brzydkie podejrzenie, że ta walka i troska to tylko taki trick wyborczy, taka socjotechnika. Chcą nam pokazać jacy są dobrzy i jak się o ludzi i prawo do zbioru grzybów i jagód troszczą. Przy okazji pokazują jaki to ten park niedobry i jak nasze prawa ogranicza. Inaczej rzecz ujmując traktują ludność lokalną jak bandę idiotów. I to mnie bardzo jako przedstawiciela tej ludności (no bo skoro tu mieszkam to chyba jestem ludność miejscowa) zdenerwowało i pogniewało. I dlatego Pani Wójt Olga Rygorowicz słoiczka z zebranymi w Parku Narodowym grzybami nie dostanie. Niech sobie sama tam pójdzie i grzybów nazbiera. Znajdzie czy nie, ale jest szansa, że odzyska kontakt z rzeczywistością.

PS. Uprzedzając pytania o ryby oświadczam, że w niektórych miejscach też je wolno łowić!!

środa, 01 września 2010
Parki ministra Kraszewskiego

Chciałbym wierzyć, że minister środowiska Andrzej Karszewski kocha Puszczę i zależy mu na jej ochronie. Problem w tym, że minister robi wszystko by mnie z tego stanu wyprowadzić. Najlepszym przykładem jego ostatni artykuł w Rzeczpospolitej " Ja też kocham Puszczę".  Zostawię ideologiczne wywody ministra.

Gorzej gdy jak na dłoni widać, że urzędnik państwowy bez mrugnięcia okiem wprowadza opinię publiczną w błąd. Otóż Pan minister był łaskaw napisać o wecie samorządów w sprawie tworzenia parków narodowych, że ma związek z demokracją i zasugerował, że to zdobycz wywalczonej w 1989 roku wolności.  Dowód na to zawarł w jednym zdaniu: "do roku 1989 zdołano ustanowić 22 parki narodowe, zaś w czasach III Rzeczpospolitej tylko jeden".  Jakby nie czytać wynika z tego, że parki narodowe tworzył zły komunista, dyktator co nie liczył się z wolą ludzi.  Było oczywiście i tak, że tworzenie wiązało się z krzywdą. Tereny Tatrzańskiego  Parku Narodowego uzyskano pod przymusem wywłaszczając górali. Ale czy dziś nie wywłaszczamy ludzi budując autostrady i czy nie wiąże się to z krzywdą i bólem niektórych obywateli?

Wróćmy jednak do 1989 roku i odzyskanej wolności. Weto samorządów nie ma nic wspólnego z tą datą, bo zostało wprowadzone zmianą ustawy o ochronie przyrody z 7 grudnia 2000 - weszła ona w życie na początku 2001. Nie po to by z chronić prawa lokalnej ludności, lecz interesy wąskiej grupki (pisałem o tym w poprzednim wpisie).  Mało tego. Do tego czasu Trzecia Rzeczpospolita nie utworzyła jednego parku narodowego jak pisze minister, ale siedem w tym nasz największy Biebrzański Park Narodowy w 1993.  Stało się to w ciągu zaledwie 10 lat (do czasu wprowadzenia fatalnego prawa weta, po jego wprowadzeniu utworzono jeden - Ujście Warty na terenach istniejącego wcześniej rezerwatu Słońsk). Pamiętam te czasy doskonale i jestem dumny z ludzi którzy wtedy rządzili naszym krajem. 7 parków jest znakomitym wynikiem jeżeli wziąć  pod uwagę, że II RP utworzyła trzy (Białowieski, Pieniński i Czarnohora - obecnie poza granicami Polski), a PRL przez 44 lata swego istnienia 14, z czego wiele było realizacją przedwojennych planów.

To nie jest  wiedza tajemna, i wystarczy spojrzeć do Wikipedi by zobaczyć kiedy jaki park powstał. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że Pan minister, któremu przecież parki podlegają się po prostu pomylił.
 
 
wtorek, 31 sierpnia 2010
Weto w sparwie parków to nie dialog
wtorek, 03 sierpnia 2010
Troszczymy się o Puszczę
Ponieważ leśnicy opowiadają jak troszczą się o Puszczę Białowieską, przedstawiam tą troskę w krótkiej historyjce obrazkowej. Zdjęcia wykonane zostały wiosną tego roku, bo wtedy efekty troski widać jak na dłoni. Nie maskują jej liście i trawa. Wykonałem je w rejonie drogi Browskiej w nadleśnictwie Białowieża

Jest sobie las...który wymaga troski...

widać jak na dłoni, że od tysięcy lat nie może dać sobie rady



omszały, chyli się ku upadkowi



 na szczęście jest leśnik co się troszczy o Puszczę


w wielkim trudzie się troszczy, bo wycinać nie jest łatwo



po to by móc posadzić las od nowa, żeby już był taki jak powinien być


musi go chronić przed zagrożeniami, bo tych w lesie pełno. Jak te młode dęby zawinięte w plastik


albo te sosny ogrodzone, by żadne złe zwierze im nie zagroziło



efekt jest jak każdy widzi...piękna Puszcza prawda?



Dedykuję tą opowieść wszystkim, którzy są pewni, że bez nas ludzi i naszej pomocy z Puszczy została by tylko nazwa...i że się o nią troszczymy.


czwartek, 20 maja 2010
To jeszcze nie odstrzał!!!

   Zostałem zalany informacjami, że warszawski ogród zoologiczny przygotowuje się do ostrzału zwierząt, bo zbliża się fala powodziowa. Pytań było tyle, że zadzwoniłem do dyrektora Andrzeja Kruszewicza. I co? Daleko jeszcze do odstrzału!!! Człowiek z bronią jest w takiej sytuacji jak nadchodząca powódź po prostu koniecznością, a odstrzał ostatecznością. Wyobraźmy sobie, że w czasie transportu, albo na wybiegach dochodzi do nieoczekiwanej i groźnej sytuacji. Żubr, lub bizon atakuje ludzi. Tylko laik może twierdzić, że wystarczy wtedy zastrzyk usypiający. Taki środek nie działa od razu. A gdyby coś stało się przy wpędzaniu zwierząt do klatek transportowych? Ktoś napisał, że można żubry i bizony transportować wcześniej, uśpione. Otóż tego się nie robi bo uśpione mogą zadławić się treścią żołądka. Wyobraźmy sobie, że jakiś zaatakuje ładujących go ludzi. Przy wielu zabiegach naukowych, weterynaryjnych, czy transportowych szczególnie gdy dotyczą dużych zwierząt obecność kogoś z bronią to konieczność i standardowa procedura. Robi się to nawet gdy dotyczy to gatunków zagrożonych wyginięciem np. niedźwiedzi polarnych. Nie świadczy ona o niczym innym jak o odpowiedzialności za ludzi i zwierzęta, bo spanikowany zwierzak może być groźny dla innych zwierząt w ZOO.  Ta strzelba nie musi wystrzelić, ale lepiej by była na miejscu.
środa, 19 maja 2010
Kandydaci i głuszec


  Piotr Semka na swym blogu czepił się mnie, że nie oburzam się, gdy profesor Władysław Bartoszewski wyśmiewa miłość do zwierząt Jarosława Kaczyńskiego. Nie oburzam się, to prawda, bo mam wątpliwości co do tej miłości.

 Być może ogranicza się ona do kota w domu. Nie widziałem jej jakoś, gdy Jarosław Kaczyński był premierem. Nie hamował swego ministra środowiska Jana Szyszki, gdy ten za wszelką cenę chciał udowodnić, że walenie śrutem do tokujących, czyli chcących założyć rodzinę słonek to "piękna tradycja". A już zupełnie nie widziałem jej nad Rospudą. Tam premier Kaczyński ze wszech miar wspierał rozjechanie spychaczami domu tak rzadkich zwierząt jak wilk, ryś, dzięcioł białogrzbiety czy głuszec.

 O głuszcu, pięknym ptaku, w Polsce wymierającym niebywale szybko, wspominam nie bez przyczyny. Na głuszce z kolei do Rosji jeździł polować marszałek Bronisław Komorowski wraz z Januszem Palikotem. Jak przechwala się na swoim blogu poseł Palikot, jemu udało się zabić otumanionego godową pieśnią ptaka (co za wyczyn, pogratulować i czekam na relacje ze strzelania do słoni).

 Komorowskiemu nie udało się głuszca ukatrupić, choć podejrzewam, że bardzo się starał. Tu trzeba przypomnieć, że  Kaczyńskiemu też nie udało się rozgnieść lasu i torfowisk, gdzie głuszce mieszkają, choć też się bardzo starał. Wiec jakby znów temat miłości do braci mniejszych wrócił, proszę pamiętać o głuszcu. To symbol stosunku obydwu czołowych kandydatów do przyrody i zwierząt.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12